- Pani dyrektor – mówiłem na pogotowiu – proszę mnie potraktować po ludzku, chcę się dowiedzieć, jak umarł, nikomu to nie zaszkodzi. Ja go kochałem. Była jak skała – opowiada Przemek Manasterski.
Piotr Pacewicz: W wyborczą niedzielę o świcie na krakowskiej ulicy zginął pański partner.
Przemek Manasterski: Wojtka uderzył samochód. Podobno wszedł na pasy na czerwonym świetle, odrzuciło go daleko. Nie to, że mam żal do Boga, ale
Długo byliście razem?
- Poznaliśmy się w styczniu. Jakby dwie połówki jabłka się odnalazły.
(…)
Jak się pan dowiedział o wypadku?
- W sobotę Wojtek został dłużej w klubie. Nie wrócił na noc. Rano zadzwoniła siostra Wojtka, że była policja u ojca. Że Wojtek nie żyje. Zadzwoniłem na policję. Wyjaśniłem, że mój partner zginął. Niczego nie powiedzą, bo nie jestem spokrewniony. Tylko potwierdzili, że był jakiś wypadek.
Poszedłem na pogotowie. Błagałem panią dyrektor, by mnie skontaktowała z lekarzem, który był na miejscu. Proszę mnie potraktować po ludzku – mówiłem – chcę się dowiedzieć, jak umarł, nikomu nie powiem, nikomu to nie zaszkodzi. Ja go kochałem. Była jak skała: „Nie mogę udzielić informacji”. – Życzę pani, żeby się znalazła w takiej sytuacji, poczuła to, co ja – powiedziałem. W kostnicy znalazłem dobrego człowieka. Nie mógł mnie wpuścić, ale powiedział, że Wojtek jest po sekcji i wygląda dobrze.
Przyjechały siostry Wojtka odebrać jego dowód, bez tego niczego nie można załatwić. Już wszystko przygotowałem, znajoma prowadzi zakład pogrzebowy. Wybrałem ubranie.
Poszedłem na policję z siostrami. Ale aspirantka, która opowiedziała o wypadku, wyrzuciła mnie z pokoju. Chociaż siostry tłumaczyły, że byłem partnerem Wojtka.
Zobacz cały artykuł na stronach Gazety Wyborczej
Dodaj komentarz